Mój pokój otula czerń nocy, telewizor buczy wyświetlając napisy końcowe filmu, telefon przestał wydawać najprzyjemniejszy głos mojego życia, zostałam tylko ja.
Im bliżej poniedziałku tym czuję się mniej spokojna, ta niekończąca się sesja... ten nadmiar... wykańcza.
Boję się, że nie podołam... ale muszę, muszę, muszę ! Nie mam innego wyjścia, jak zwalczyć ten wrzód, który wciąż stresem uwiera mój żołądek. Wiem! Muszę myśleć dam radę, ale myślę, że nie zdołam. Siły mi brak.
Gdyby ją sprzedawali w sklepach, nawet gdyby była gorzka i miała zapach antybiotyku... jadłabym ją bez ograniczeń, by przetrwać, ten okrutny okres.
Dla jednych takie rzeczy nie wywołują aż takich emocji, tyle lęku i niemocy. Dla mnie to ciągły strach.
Nazbierało się ich sporo w ostatnich miesiącach. Strach na strachu. Zastanawiam się... dlaczego nie mogę przejść koło tych rzeczy obojętnie? Dlaczego nie mogę mieć w nosie ludzi, którzy mnie krzywdzą, którzy mnie wykańczają swoim postępowaniem? Tak bardzo bym chciała...
Nie chcę już pisać o tych złych stronach mocy. Chcę się tu ładnie uśmiechać każdym słowem. Ułożyć po kawałku układankę pozytywnego nastawienia do tego co jest teraz.
Przecież żyję, jestem zdrowa, mam najcudowniejszego mężczyznę na świecie, świetnych rodziców...
A ja płaczę jak bóbr... i doprowadzam się do stanu wycieńczenia nerwowego. Nie może tak być !
Nie może!
Zrobię dźwignię, szybki nokaut. Kilka siniaków i zadrapań, zagoi się. Ale będę w pełni mogła cieszyć się tym co mam. A tak wiele mam!
(łzy w oczach)
I jak mam zrozumieć siebie? Jak wyjść z tej beznadziei, bezpodstawnej do tego? Jak?
Ktoś z Was ma receptę na nerwicę?
Odkupię!